Katastrofa, napisane ręką dziadka na odwrocie fotografii

by - 2/10/2020

Miał 22 lata, kiedy ledwie uszedł z życiem z wojskowego wypadku ciężarówką w Malborku. W wyniku obrażeń  związanych ze złamaniem miednicy do końca życia miał krótszą prawą nogę. "Pamiętasz jak wszystkie spodnie z jednej strony trzeba było dziadkowi skracać?" - wspominała jego żona a moja babcia po latach, która też już niestety odeszła. 
Mój dziadek, Edward Smoła, pytany o tę katastrofę podsumowywał "eeee tam, wypadek...", więc tak naprawdę nie wiedziałam o tym nic. Pytałam tatę, pytałam ciocię - też nie pamiętają, aby jakoś dużo w domu się na ten temat mówiło. 


Wiedzieliśmy tyle, ile się zachowało w dokumentacji medycznej dziadka, którą mam w domu. Przebywał w szpitalu od maja do sierpnia 1967 roku w Malborku na oddziale chirurgii po ogólnych obrażeniach, złamaniu miednicy, przemieszczeniach i uszkodzeniu kości kulszowej. Wiedzieliśmy także, że ktoś wówczas na pewno zginął. I to było wszystko, a przynajmniej do dziś... 


Kiedy analizowałam te dwa zdjęcia z rodzinnego archiwum, trudno mi było sobie wyobrazić, jak mogło dojść do tego tragicznego w skutkach wypadku. Droga jest prosta, nie ma śniegu ani lodu bo był to maj. Co musiało się wydarzyć, że wojskowa ciężarówka wylądowała na dachu? Wiedząc, że ktoś zginął na pewno, a także znając rok pomyślałam, że musiały pisać o tym jakieś lokalne gazety. Przekopałam wszystkie biblioteki cyfrowe, każdy magazyn z 1967 roku wydawany na Pomorzu i nie znalazłam kompletnie nic. Postanowiłam się nie poddawać, liczyła się każda najmniejsza wzmianka lub informacja, ponieważ mogły mnie zaprowadzić na zupełnie inne tory poszukiwań. 


Dziadek Edward w wojsku


Na Facebooku znalazłam grupę zrzeszającą około 10 tysięcy genealogów z Polski i wrzuciłam zdjęcie z tego wypadku z prośbą o informację. Ponownie zadziałała dla mnie magia Internetu. Napisał do mnie Pan Radosław, który jak się okazało jest z redakcji "Dziennika Bałtyckiego" w Malborku i portalu Malbork Nasze Miasto. Zapytał o zgodę na udostępnienie zdjęcia w artykule na stronie internetowej i w wersji papierowej magazynu. Zgodziłam się licząc na to, że poznam jakieś nowe informacje i być może dowiem się, jak do tego doszło. Jestem temu Panu bardzo wdzięczna, ponieważ to co stało się potem, przekroczyło moje oczekiwania...



Kiedy na skrzynce mailowej zobaczyłam znaczek nowej wiadomości, serce mi szybciej zabiło. Przypuszczałam, że to może być ktoś, kto przeczytał artykuł. Okazało się, że to mail od Pana Jerzego. Po pierwszych słowach zaczęły mi płynąć łzy. Zachowuję oryginalną pisownię.

"Witam Panią Pani Angeliko, 
ze wzruszeniem przeczytałem artykuł na Naszym Malborku. 
Jestem bezpośrednim świadkiem tego, jakże tragicznego wypadku. Byłem wówczas na miejscu po około 10 minutach, powiadamiając na tamte czasy wszystkie możliwe służby ratownicze. 
Nie było wówczas komórek, ale sobie poradziłem, miałem rower. 
Zginął jeden żołnierz, wielu było ciężko rannych, jak pamiętam to około 12. 
Pani dziadek, Edward odniósł ciężkie obrażenia, złamanie miednicy, leczono Go w malborskim szpitalu, gdzie Go często odwiedziałem. Po wyleczeniu został zwolniony do cywila.
Jeśli chce Pani poznać całą prawdę o tym wypadku, a myślę, że tak, to zapraszam do Malborka, gdzie wszystko będziemy sobie opowiadać, włącznie z odwiedzeniem miejsca wypadku. Zawiozę tam Panią.
Pozdrawiam
Świadek"

Jak odpisywałam na tego maila, to mi łzy kapały na klawiaturę bo zdałam sobie sprawę, że to człowiek który być może uratował życie mojemu dziadkowi, powiadamiając w odpowiednim czasie służby ratownicze. Artykuł na stronie internetowej sprowadził go do mojego życia, aby rozszerzyć moją wiedzę na temat dnia, który zmienił życie mojego dziadka. Napisałam do Pana Jerzego maila z podziękowaniami i prośbą o więcej informacji, zapytałam też czy ma zdjęcia z dziadkiem. Niecierpliwie czekam na odpowiedź i odświeżam pocztę co 10 minut. Zamierzam w lecie skorzystać z gościnności Pana Jerzego i odwiedzić Malbork, zobaczyć to miejsce, a także posłuchać Jego opowieści.
Nie zdążyłam dość do siebie, a już zaczął do mnie dzwonić telefon. Chociaż był to obcy numer i nie mam w zwyczaju wówczas odbierać, to teraz zrobiłam wyjątek. Okazało się, że to Pani Zosia, która także była świadkiem tego wypadku. Spisałam przez telefon Jej wspomnienia z tamtego dnia. 

"Miałam wtedy 10 lat. Do dziś boję się tego miejsca. Gdy tam podeszłam to było już po wszystkim. Pamiętam poukładaną broń i żołnierzy leżących na ziemi. Żandarmeria wojskowa wykopała dół i zgarniała tam krew. Do dziś mam to przed oczami. Oni na zmianę warty jechali. Tam szkoła jest niedaleko. Ta droga tylko wydaje się prosta bo tam dalej jest dosyć ostry zakręt i taki uskok. Tam szły dzieci do kościoła chyba. To niedziela była. Oni dość szybko jechali. Ten kierowca nie chciał ich potrącić, wypadli z tego zakrętu, odbili się od jednego drzewa, potem ich sunęło i odbijali się na dachu od jednego do drugiego drzewa. Oni na pace jechali. Wieźli jakieś jedzenie bo była rozlana zupa i wszędzie ta broń leżała. Te dusze chyba nie zaznały spokoju bo tam jakoś dziwnie jest w tym miejscu. Taka pani nauczycielka, która tam mieszka niedaleko, jeszcze po tym wypadku jakiś czas, widziała pourywane ludzkie palce. Pamiętam to wszystko jak przez mgłę bo miałam wtedy 10 lat, ale zapamiętałam ten obraz i od czasu do czasu zdarza mi się wspominać ten wypadek."

Dzisiejszy dzień zafundował mi mnóstwo wrażeń. Wciąż trudno mi uwierzyć, jak wielką siłę ma Internet. Jak łatwo możemy cofnąć się do czasów, kiedy nawet naszych rodziców nie było jeszcze na świecie. Wystarczy trochę pogłówkować... 

Z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do poszerzenia mojej wiedzy na temat tego wypadku. Gdyby nie Państwo, nadal to wydarzenie byłoby tylko wspomnieniem z tych kilku zdań, które zdarzało się wypowiadać w związku z tym dziadkowi. Liczę, że jeszcze uda mi się to szerzej opisać. To dopiero początek... 

You May Also Like

0 komentarze